Kilka lat temu (jeszcze zanim zostałam żoną i matką) napisałam moje osobiste świadectwo. Nigdy nikomu go nie pokazałam. Teraz, po latach, czuję że nadszedł wreszcie czas się nim podzielić. Oto i ono.
Chcę napisać o tym, co przysporzyło w moim życiu, funkcjonowaniu i relacjach z innymi największego zniewolenia, sztywności i poczucia ograniczenia. Można wyliczać wiele niedostatków, wad mniejszych i większych, jednak to, co sprawiało największe poczucie niemocy i nieumiejętności przezwyciężenia tej biedy to skrępowanie samą sobą, nieakceptowanie siebie.
Patrzyłam na siebie przez pryzmat innych, wiecznie prównywałam, dokonywałam oceny siebie, tak dalekiej od postawy bezinteresownej miłości, którą całkowicie za darmo oferuje nam nasz Pan – Jezus Chrystus. Ten brak akceptacji wypływał z braku ufności w miłość Jezusa, stąd te sławetne słowa „Jezu, ufam Tobie” stały się życiowym hymnem, wzywającym do odrzucenia zaufania sobie, ocenom innych ludzi, a zaufania Bogu jako jedynemu miłującemu nas doskonale.
Szatan starał się ze wszystkich sił zaprzeczyć temu aktowi zaufania Bogu, wskazując na moje wady (fizyczne czy psychiczne), wywlekając na światło dzienne moje potknięcia. W tym ataku złego ducha tak łatwo zapominałam o dobru złożonym we mnie przez samego Boga, o Jego planie na moje życie.
Jestem dobrym tworem Boga Ojca. Nie wierzę w fałszywe podszepty o bezsensowności stworzenia mnie. Przepełnia mnie ufność w moc Stwórcy: „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie(…)” (Ps 139, 14). Te słowa są pełne wiary i nadziei, odsuwają kłamstwo na bok, stawiając Prawdę w centralnym miejscu mojego życia.
Z tą wiarą można kochać, żyć prawdziwą pełnią, jaśnieć pięknym światłem i być świadectwem Miłującego Boga w świecie.

