Ostatnio często czuję się posłana jak owce między wilki. Dokładnie to od kiedy mieszkamy z mężem i dziećmi na stosunkowo nowym osiedlu domków jednorodzinnych w niewielkim miasteczku tuż pod Gdańskiem.
Ja – od urodzenia blokers (mieszkanka bloku z wielkiej płyty) pod czterdziestkę wylądowałam na osiedlu domków. Jak to się stało? Dużo zbiegów różnych okoliczności, trochę funduszy zainwestowanych jeszcze z mojego posagu oraz ziemia kupiona na owym osiedlu przez mojego tatę jeszcze przed budowlanym boomem.
I trafiliśmy, jak owce między wilki, bo większość mieszkańców tego „elitarnego” osiedla to albo dziedzice majątków (może rodzice dorobili się jeszcze na zeszłym ustroju np. w odpowiednich służbach) albo pracocholicy, którzy kosztem duchowości, którą zatracili harują na większy dom, lepsze auto i meble prosto z katalogu.
A my, boże biedaczki, jadna osoba na etacie, troje dzieci, meble z ogłoszenia, auto 20-letnie, a dom wykańczamy powoli własnymi rękami.
Gdy przychodzi niedziela mam wrażenie, że do kościoła może 1/3 rodzin się udaje, reszta kosi trawniki na długość 5 mm, grilluje i spaceruje – odpoczywa po intensywnej pracy, aby ten cały dobrobyt utrzymać.
I nie wiem, czy zazdrościć czy współczuć naszym sąsiadom. My nawet grilla się jeszcze nie dorobiliśmy.. Poza tym chyba wolę ładować akumulatory przy Panu, w Eucharystii, a nie zajadając kolejną kiełbaskę (jak głodny wilk;).
Pozdrawiam i z Panem Bogiem,
Uboga owca

